Święta minęły mi nad podziw spokojnie. O dziwo, nie zaliczyłam żadnej wpadki. Tym razem działałam w kuchni samiuteńka. A komu by się chciało siedzieć z matką ciemną nocą i szykować np. jaja na śniadanie... Chi, chi, chi...
Tak sobie spokojnie, po cichutku i bez stresu popracowałam w sobotę a potem to już samo poszło.
Z tych świątecznych nudów byłam zmęczona bardziej niż po ciężkiej robocie przed Wielkanocą. Koszmar! Z całych świąt najbardziej lubię dzień po. Wtedy jeszcze wysprzątane, żarcia pełna lodówka i można robić co się zechce. I program w telewizji wraca do normy, a nie jakieś retro hity po raz enty!
A Ty lubisz święta, czy Cie męczą tak jak mnie?
I tak doczekaliśmy się pięknego, słonecznego dnia.
Ciocia odeszła. Nic tego nie zmieni.
Nawet ktoś, kto był mało znany pozostawia po sobie pustkę i... życie!
Żałobnicy pomodlili się nad grobem, wspomnieli i rozjechali do swoich domów. Rodzina została w żałobie.
Czy taka zwykła trumna pomieści całe ludzkie życie? Lata w poniżeniu i strachu a potem następne w zupełnej zależności od innych?
Czy życie jest w ogóle sprawiedliwe?
Zauważyłam, że co się komuś daje, to później los nam zwraca z nawiązką. Kto tyle nagrzeszył,ze się Ciotce tak życie ułożyło?
I większość sąsiadów widziała jej gehennę a nie zrobili nic. Czy można było cos zrobić? Że były inne czasy? To nic, człowiek zawsze cierpi tak samo!
Jedyne tylko, że dzieci z tego cierpienia wyrosły na porządnych ludzi...