czwartek, 15 czerwca 2017

To też kwiatek



Wszyscy się chwalą jak im ładnie kwitnie na klombie i w ogródku a kwiatki w oknie to co, gorsze?
Mój parapet to dla kaktusa jak w domu. Sucho, gorąco. Zobaczcie, jak docenił, że o  niego się troszczę!




Ale ja nie o tym, a właściwie nie głównie o .kaktusie .Wczoraj oszołomił mnie z nagła zapach jaśminu. Uwierzcie mi, że przegapiłam. W tym roku jestem ciągle obok, w trasie albo w transie. Moje dzieci zauważam, bo się choroby plączą pod nogami i łaszą jak koty. Wszystko poza tym mi sie rozmywa. Chociaż...

I znowu na procesji się popłakałam. Bo dogoniły nmie obrazki z przeszłości, zbuntowanej i szczęśliwej. Bo mi się przypomniała moja kochana Babcia, która wrecz przemocą i przekupstwem wdrażała mnie w obowiązki wobec Pana Boga. Między innymi pilnowała, żebym sypała kwiatuszki. Potrafiła wydeptać pół łanu zboża, żeby dostać się do najpiękniejszych chabrów i maków... A ja te kwiatki sypałam przed Najświętszym i byłam bardzo dumna. A jak podrosłam nosiłam poduszeczkę bo byłam najwyższa a niższe dziewczynki trzymały wstążki...
Od zawsze chciałam służyć przy ołtarzu, być ministrantem. To było moje marzenie a nie Babci. Może nawet o tym nie wiedziała. I dopiero dzisiaj doszłam do wniosku,ze dobrze było jak było. Przecież jako ministrant nie sypałabym tych kwiatków ani poduszek nie nosiła... Coś za coś!
Sentyment do ministrantów pozostał mi do dzisiaj. W każdym z moich dzieciaków widziałam potencjalnego ministranta a potem lektora. Tymczasem to nie są ich drogi... Cóż, raz próbowałamm dziecko wcisnąć w moje marzenia i był nieszczęsliwy. Wypisałam go z klubu i więcej o tym nie mówię. Każdy musi budować własne marzenia i sam je realizować. a nie wpychać innych we własne ramy i czekać na wdzięczność...
Tylko trochę mi szkoda, że dzisiejsza młodzież nie bardzo powspomina te swoje młode lata. Bo i ci wspominać? Kłótnie z rodzicami albo z rodzeństwem to nic szczególnego. kontakty ze światem ograniczone do minimum.... A gdzie te szalone wypady, glupoty w głowie i motylki w brzuchu?
Kurde, znowu zmieniam temat. No cóż, chyba mam dzień refleksji...
Wracając do tradycji związanych z Bożym Ciałem. W rodzinie teściowej zawsze łamało się gałązkę z ozdoby ołtarza i przynosiło do domu. Po co? Właściwie nie wiem. Jednak też przyniosłam z procesji zieloną gałązkę. Wykorzystałam ją, żeby zbić całą moją trzódkę. Może po takiej terapii głupie pomysły wylecą im z główek...?




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz